Gry i gierki z symbolami

Uroczystość pogrzebowa Franza Beckenbauera była zastrzeżona dla rodziny, nikt z zewnątrz nie mógł wejść w cudzą prywatność. Pożegnanie „Kaisera” z Bayernem, Monachium, w ogóle z całymi Niemcami, odbyło się kilka dni później na Allianz Arenie. Mimo niskiej temperatury przyszło na obiekt około dwudziestu tysięcy tych, którzy w tej ceremonii uznali za obowiązek uczestniczyć.

Kogo znalazłem na telewizyjnym ekranie w orszaku person? Nie mogło zabraknąć Uli Hoenessa i Karl-Heinza Rummeniggego, oni w emocjonalnych wystąpieniach skorzystali z mikrofonu. Na murawę wyszli byli reprezentanci, u boku Beckenbauera tworzący potęgę niemieckiego futbolu lat 70. Czyli m.in. Berti Vogts, Günter Netzer (obaj z Borussii Mönchengladbach), Wolfgang Overath (1.FC Köln), Hans-Georg Schwarzenbeck, Paul Breitner, o pokolenie od nich młodszy, ale wręcz epokowy Lothar Matthäus i jeszcze młodszy Bastian Schweinsteiger. Doborowe siły Bayernu uzupełniał Franz „Bulle” Roth, dla osób słabiej zorientowanych gracz drugiego planu, a przecież wybitny spec od finałowych goli, po których sięgał Bayern – kosztem Glasgow Rangers, Leeds United i AS Saint-Étienne – po europejskie trofea.

Natomiast gdzieś na widowni, choć oczywiście w jej centralnym punkcie, pojawiły się postaci z innej sceny, stricte politycznej. Byli to kanclerz Olaf Scholz i prezydent Frank-Walter Steinmeier, który także przemówił. Ich obecność określała rangę ceremonii. Siłą rzeczy również to jak ważną rolę w szeroko pojętej historii Niemiec odegrał Franz Beckenbauer. I jak ważne ze społecznego punktu widzenia jest to, że władze umieją takiej postaci złożyć głęboki pokłon na pożegnanie.

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że mam poważne wątpliwości czy nas na coś takiego stać. Czy rozumiemy problem, jeśli w ogóle go dostrzegamy. I czy potrafiliśmy właściwie odrobić lekcję, którą dekadę wstecz nam zafundowano. W Niemczech teraz chodziło o Franza Beckenbauera. W Polsce kiedyś o Gerarda Cieślika. Przecież także legendę, choć jakże inaczej potraktowaną jesienią roku 2013. Wobec której nie wyrażono urzędowej zgody na minutę ciszy. Uważam, że warto tamte sceny przypomnieć.

Trudno precyzyjnie określić, kto bardziej skompromitował się wtedy we Wrocławiu i Poznaniu. PZPN czy polska reprezentacja? Kalectwo popisów piłkarzy, zwłaszcza w meczu ze Słowakami, było niewyobrażalne. A jednak optuję, aby pierwszeństwo oddać centrali. W niewątpliwie zasłużonej nagrodzie za nadzwyczajne uodpornienie się na apele w słusznej sprawie.

Przez kilka dni słał je red. Tomasz Zimoch, walcząc o godne uczczenie pamięci Gerarda Cieślika. Wydawać by się mogło, że nie był tuzinkową postacią, przeciwnie. Zimochowi, wtedy jeszcze bynajmniej posłowi, wcale nie chodziło o coś zbyt kosztownego, przykładowo o zbiórkę na pomnik legendarnego piłkarza. Chodziło natomiast o elementarne wartości, o jakie również dziennikarze mają prawo upomnieć się. Zwłaszcza, gdy innych na szacunek najwyraźniej nie było stać.

Pamięć o Cieśliku, któremu przegrała dwukrotnie z wielkopańskimi manierami piłkarskich salonów tudzież lóż honorowych dla VIP-ów. W nader pokrętnej odpowiedzi ze strony PZPN znalazł się bzdet, że Związek co swoje już uczynił. Wysłaniem delegacji uczestniczącej w pogrzebie Cieślika, na czele z prezesem, rzekomo wyczerpano zakres obowiązków.

Odczytywałem to tak, że Cieślik najwyraźniej wyczerpał minutowy limit urzędowej łaskawości. (Kto i wedle jakich instrukcji ów limit określał w PZPN?). A Związku nie było stać na rzecz najprostszą: na gest, choćby wymuszony z zewnątrz. Tomek Zimoch szczerze zeznawał na Facebooku, że nie wierzy w to, co przeczytał w odpowiedzi na apel. Że nie wierzył, iż tak można się było tłumaczyć. A jednak… Negatywna reakcja PZPN była żałosna. Godna dalszego zwiększania funduszy na Departament Komunikacji i Mediów. Warta poważnego zastanowienia się, czy nie należało powołać jakąś inną komórkę, z założenia nie mającą nic wspólnego z pracą szarych komórek. Skrajna bezczelność… Czyste łotrostwo… Kompromitacja totalna…

A wszystko to w aurze rzekomego odzyskiwania wiarygodności przez PZPN i wdrażania w życie nowoczesnych pomysłów rodzących się w mądrych głowach. Tymczasem casus potraktowania Cieślika stanowił nawiązanie do epoki, od której odżegnywał się w centrali każdy. No, może prawie każdy…

Otóż z połowy lat 60. przypomniała mi się skandaliczna sprawa dotycząca innej wielkiej postaci, Ernesta Pohla. Zegar odmierzający jego występy w „narodowej” zatrzymał się pod koniec 1965 bardzo niefortunnie, na kresce „49”. (Nikt wówczas nie wiedział, że wiele lat później, po oficjalnym zweryfikowaniu rejestru, wypadną z niego trzy mecze). Z bombardierem Górnika Zabrze ciągle były kłopoty. A to pisownia nazwiska (ta nasza – Pol i ta niemiecka – Pohl). A to piwo wypite w Bratysławie po spotkaniu z ówczesną Czechosłowacją. A to parę innych jeszcze historii. Skutek był taki, że o jubileuszowym występie Pola może nie tyle zapomniano, ile nie wyrażono zgody na godne potraktowanie sprawy honorowej.

Jeśli jednak w przypadku Pola chodziło „tylko” o lęk urzędasów przed stanięciem na politycznym dywanie, to sprawie Cieślika towarzyszyła dosłownie żałobna tonacja. Różnice między tymi sytuacjami określały skalę blamażu PZPN.

Dokładnie wtedy, gdy my oblewaliśmy egzaminy we Wrocławiu i Poznaniu – Francuzi mieli Kijów i Paryż. Przeżyli huśtawkę nastrojów. Najpierw pełna „klapa” i zderzenie się z totalną krytyką, również ze strony politycznych elit. Kiedy jednak dalsze dręczenie delikwentów pod publicznym pręgierzem straciło rację bytu, bo godzina rewanżu zbliżała się nieuchronnie, ujawniła się społeczna mądrość. I radykalnie zmieniły priorytety, bowiem dla wszystkich stało się jasne, że nastał czas zwarcia szeregów. W centrum loży honorowej prezydent Francois Hollande wcale nie przegrywał boju z kibicami na decybele dopingu. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi w szalikach o narodowych barwach i z flagami… Udzielili swojej drużynie fantastycznego wsparcia, ale to piłkarze Didiera Deschampsa decydowali na boisku. I wypruli z siebie flaki.

Na obu tych arenach, stopionych w całość, Francja była wielka. Bezwiednie, udzieliła nam przy tym lekcji prawdziwego patriotyzmu. W Paryżu hasła „La France” i „Stade de France” znaczyły w istocie to samo. My mieliśmy Wrocław i Poznań. I podwójnie głuchą ciszę po Gerardzie Cieśliku, co ośmieliło się wypomnieć PZPN kilku bezczelnych pismaków…

Konkluzja odnosząca się kiedyś do Cieślika, teraz Beckenbauera, a niewątpliwie zawsze aktualna? Uczmy się na własnych błędach i bierzmy przykład z dobrych, czasem cudzych zachowań. Nawet jeśli te przykłady są dostarczane prosto z tych przeklętych Niemiec. I nawet jeśli gdzieś z prawej strony będzie kolportowany greps o kolejnym zamachu, tym razem moim, na polską rację stanu…

JERZY CIERPIATKA

Hits: 87

To top