Bogusław Jamróz: Skawa to jest moje życie

Prezesujący od 2014 roku w Skawie Wadowice 54-letni Bogusław Jamróz ze swoim klubem związany jest od dziecka.

— Stąd się wywodzę i tu stawiałem pierwsze piłkarskie kroki – mówi prezes wadowickiego klubu. – Jestem wadowiczaninem i tak jak święty Jan Paweł II mogę powiedzieć: „Tu się wszystko zaczęło”. Mój tata był gospodarzem stadionu, a ja praktycznie się na nim wychowałem. Uprawiałem wszystkie dyscypliny sportowe, które miałem pod ręką. Na szkolnym korytarzu do sali gimnastycznej były tablice ze sportowymi rekordami mojej podstawówki i źle się czułem, gdy nazwisko Jamróz nie było w nich na pierwszym miejscu. W siatkówce nawet zdobyłem brązowy medal mistrzostw Polski juniorów grając w barwach MKS-u Szarotka Wadowice. Tu jest więc moje królestwo, a stadion to mój dom. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych trzeba było mieć 15 lat, żeby oficjalnie rozpocząć treningi w trampkarzach, ale ja już jako 13-latek wszedłem do zespołu i jako 14-latek zagrałem nawet pełną rundę. Błyskawicznie trafiłem też do drugiej drużyny i terminowałem wśród A-klasowiczów, a wieku 16 lat oficjalnie zacząłem występować w pierwszym zespole, grającym w klasie okręgowej. Pograłem sezon, a w wieku 18 lat, czyli po trzeciej klasie szkoły średniej w 1988 roku poszedłem do Wisły Kraków, której zawodnikiem byłem cztery sezony, z tym, że na okres służby wojskowej byłem wypożyczony do Wawelu Kraków.

Po krakowskim przystanku Bogusława Jamroza przyszedł czas na poszukiwanie swojego miejsca w życiu. Założył rodzinę i z żoną Anetą dochowali się dwójki dzieci, córka jest obecnie studentką trzeciego roku Akademii Medycznej w Poznaniu, natomiast syn jest finansistą i mieszka w Warszawie, gdzie założył swoją rodzinę. Wprawdzie lubi sport i próbował swoich sił w Skawie trenując siatkówkę i piłkę nożną oraz grał w piłkę ręczną i tenisa, a nawet był sędzią piłkarskim, ale ostatecznie pochłonął go świat biznesu.

— A ja gdy zrozumiałem, że piłka nożna nie będzie już źródłem mojego utrzymania i zacząłem myśleć o rodzinie oraz pracy, która zapewni mi przyszłość, postanowiłem wrócić w rodzinne strony – dodaje Bogusław Jamróz. – Nie zrezygnowałem jednak całkowicie z piłki i gdy otrzymałem ofertę gry w Kalwariance chętnie z niej skorzystałem. Ten okres wspominam bardzo miło, bo zrobiliśmy awans z okręgówki do IV ligi, a następnie do III ligi i to były „złote lata” między innymi z trenerem Markiem Motyką i innymi świetnymi szkoleniowcami. Mieliśmy wtedy super drużynę, która w III lidze śląskiej walczyła z wymagającymi rywalami, że wymienię tylko Odrę Opole, GKS Jastrzębie czy Ruch Radzionków. Później była reorganizacja związana ze zmianami granic województw i przeszliśmy do Małopolski, a ja zacząłem grę w naszych lokalnych klubach. Byłem zawodnikiem, a następnie grającym trenerem: Iskry Klecza Dolna, Chełmu Stryszów, Żarka Barwałd Górny i Kalwarianki, gdzie wszedłem też do zarządu i byłem nawet przez kadencję wiceprezesem, aż do przejścia do Jałowca Stryszawa. Tam zaczynaliśmy w A klasie, a po awansie do okręgówki walczyliśmy o IV ligę. Nie udało się, bo zabrakło nam na mecie 2 punktów do Iskry Klecza Dolna, więc prezes zmienił trenera, a ja dzięki temu „zwolnieniu” mogłem wreszcie w 2011 roku wrócić do Skawy.

Po prawie ćwierć wieku piłkarski szlak Bogusława Jamroza zatoczył koło i wychowanek wrócił do klubu, którego piłkarskimi wizytówkami są wadowiczanie Stanisław Sobczyński, 6-krotny reprezentant Polski sprzed 50 lat, oraz Igor Kozioł, mistrz naszego kraju sprzed 30 lat.

— Mogę powiedzieć, że 13 lat temu wróciłem do domu, choć już wcześniej był taki moment, że byłem bliski przyjścia do Skawy, która pierwszy raz po wielu latach weszła do IV ligi – wspomina obecny prezes Skawy. – Wtedy się jednak nie dogadaliśmy z władzami klubu, ale wykorzystałem ten czas na zrobienie studiów i w wieku 33 lat rozpocząłem naukę na krakowskim AWF, którą ukończyłem wieku 38 lat. Była to wspaniała przygoda i super doświadczenie. Dzięki niemu w latach 2011-2013 mogłem już z wiedzą i doświadczeniem zostać trenerem Skawy. Jednak po zmianach politycznych w mieście i ustąpieniu prezesa w klubie nastąpił wstrząs. Po zwolnieniu mnie z funkcji trenera zespół się zbuntował. Zawodnicy przyszli do mnie. Powiedziałem im, żeby się nie wygłupiali, bo najważniejszy jest klub, ale nie posłuchali mnie tylko przyszli do mnie drugi raz z informacją, że będą wybory nowych władz i zaproponowali mi funkcję prezesa. To był przełom roku 2013/2014. Zgodziłem się myśląc o tym, żeby Skawa przestała być „przypadkowym klubem” bez wizji, bez pomysłu i bez spojrzenia w przyszłość. Nie ukrywam, że na początku było sporo problemów szczególnie z poprzednim burmistrzem, który miał bardzo zły plan co do klubu. Na szczęście w 2018 roku wybory wygrał Bartosz Kaliński i Skawa odżyła, a naszym rzecznikiem oddanym sportowi w Wadowicach i okolicy jest Tomasz Mamcarczyk pracujący w Urzędzie Miasta. Poprawia się infrastruktura, a to niesie za sobą wyniki sportowe, które w każdym klubie idą do góry.

Na tej fali wypłynęła także Skawa, której piłkarze jeszcze w 2019 roku grali w klasie A, natomiast obecnie są solidnym średniakiem V ligi, do której awansowali niespodziewanie. Na finiszu poprzedniego sezonu wadowiccy piłkarze niemal cały czas oglądali plecy lidera, aż wreszcie na samym finiszu zaatakowali i zaskoczyli nawet swoich kibiców.

— Kiedy kończyłem studia i zapytano mnie na jaki temat chcę pisać pracę magisterską powiedziałem, że napiszę o tym jak Skawa Wadowice będzie wyglądała w przyszłości – przypomina Bogusław Jamróz. – Napisałem, obroniłem i usłyszałem: jeżeli zrealizujesz to ci pogratuluję. Tą osobą, która to powiedziała, był znany i ceniony szkoleniowiec i pedagog Michał Królikowski. Spotkaliśmy się przy okazji tegorocznego małopolskiego turnieju finałowego Pucharu Tymbarku, bo przyjechał do Wadowic i patrząc na obiekty oraz słuchając mojego opowiadania o klubie tylko się uśmiechnął i stwierdził: „widzę, że realizujesz swoją wizję”. Jak przyszedłem do Skawy to mieliśmy trzy drużyny: seniorów, juniorów i trampkarzy. Zaczęliśmy więc od przedszkola i przez rekrutację, zatrudnienie trenerów i doszliśmy do stanu 120 adeptów w naszej akademii. Mamy 12 grup dziecięco-młodzieżowych od żaków do juniora młodszego, a chętnych jest więcej, ale ograniczają nas możliwości finansowe. Natomiast jeżeli chodzi o piłkę seniorską to jestem osobą, która trzeźwo patrzy na świat i twardo stąpa po ziemi. Chcę planować długofalowo, bo z dnia na dzień nie da się niczego zbudować i osiągnąć wyniku. Jestem przeciwnikiem, żeby w klubach amatorskich, a takim jest Skawa, ściągać „wagony” z obcymi zawodnikami. Uważam, że w takich klubach mają grać wychowankowie. Owszem, kilku piłkarzy, którzy mogą pomóc w rozwoju na pewno się przyda, ale nie kosztem wychowanków. Dlatego u nas trenerem został Maciej Żak, nasz wychowanek i w oparciu o jego pracę oraz grę wadowiczan marzę o tym, żeby kiedyś Skawa zagrała w III lidze. To jest taki szczyt wadowickiej piłki. W tej chwili w 22-osobowej kadrze jest 17 swoich, a pozostali dojeżdżają z Sułkowic czy Myślenic, a więc chłopcy zza miedzy, ale nie nasi wychowankowie. Jednak pierwsza fala naszych najmłodszych adeptów, z którymi zaczęliśmy pracować jest dopiero w trampkarzach więc musimy jeszcze poczekać, ale nie spieszymy się. Poczekamy i myślimy o zamknięciu systemu szkolenia, a do tego brakuje nam klas sportowych w szkole średniej. Liceum znajduje się 300 metrów od stadionu. Ma swoją pełnowymiarową halę i boisko z naturalną nawierzchnią. Baza więc jest. Dyrektorem jest zawodnik Skawy. Jeżeli więc władze wyrażą zgodę na otworzenie kierunku sportowego to ja już mam wizję. Powstałyby klasy o profilu siatkarsko-piłkarskim, czyli siatkówka dla dziewczyn i piłka dla chłopców, a więc od juniorów młodszych po juniorów starszych mielibyśmy swój narybek „pod ręką” i na oku. Rodzice nie musieliby więc wysyłać swoich utalentowanych i marzących o wyczynowym sporcie pociech do Krakowa czy Bielska-Białej. Mamy też infrastrukturę, która w porównaniu z tym co otworzono za PRL-u, a pamiętam jak delegacje wręczały prezesowi Skawy klucz do stadionu i po wielu latach, w których tu się nic nie działo, zmienia się ogromnie. Burmistrz się zaangażował w to i mamy zbudowane według mojego projektu pełnowymiarowe boisko ze sztuczną nawierzchnią i oświetleniem 500 luksów, czyli spełniające wszelkie warunki rozgrywek na szczeblu centralnym. Mamy też główną murawę, która jest po kosmetyce, ale czeka na remont. I mamy na ukończeniu budowę budynku, który będzie miał ponad 700 metrów kwadratowych powierzchni. Jest tam 6 szatni i warunki, które nam pozwolą się poczuć jak w XXI wieku. Mam też już w głowie kształt trybuny, ale to jest następny etap rozbudowy obiektu w dolinie Skawy, z alejką rowerową prowadzącą do zapory. Ma on nie tylko malownicze położenie, ale przede wszystkim żyje na okrągło. Stadion jest otwarty 24 godziny na dobę. Każdy może tu przyjść, bo choć obiekt jest własnością klubu sportowego to służy wszystkim – całemu miastu, a Skawa to jest moje życie. Natomiast moim marzeniem jest, żeby mieszkańcy Wadowic traktowali ten stadion jak swój dom, w którym cała rodzina sportowa naszego miasta będzie się tu czuła jak u siebie. I to mi się powoli spełnia.

Dorota Dusik

Hits: 328

To top