Sztywna wersja radości

W żonglerce nazwiskiem „James”, w kontekście konfrontacji z Polską, wyszła Walia średnio na jeża. Pół wieku temu to od strzelenia przez Leightona Jamesa gola na 1-0 rozpoczął się nasz kłopot, zakończony w Cardiff podwojeniem manka. Teraz jednak akurat inny James, ten o mieniu Daniel, zaprzepaścił „jedenastkę” decydującą o rozdziale paszportów na EURO ’24. Kto ośmieli się zaprzeczyć, że suma szczęścia równa się zero?

Istnieje wszak zasadnicza różnica w rozpatrywaniu skutków odgrywania przez Jamesów różnych ról. Tamta „wpadka” na Ninian Park ostatecznie nie zaszkodziła biało-czerwonym, to oni pojechali na niemiecki mundial. Za to błąd popełniony przez Jamesa II nam otworzył, zaś Walijczykom zamknął drogę. Tak się składa, że znów na stadiony w Niemczech, choć zamiast mundialu gra potoczy się wkrótce o kontynentalną stawkę.

Coś się zdążyło zmienić przez to półwiecze. A raczej mnóstwo. Również w kierunkach peregrynacji dziennikarskich, gdy miała nadchodzić godzina prawdy rzekomo ostatecznej. Z tamtych lat pamiętam na przykład czego szukał Grzegorz Aleksandrowicz na łamach największego tytułu prasy sportowej. Otóż czcigodnego nestora interesowały polskie ślady na obcej, akurat walijskiej ziemi. Największym asem gospodarzy bezdyskusyjnie był John Toshack, masywny center ataku, o wysoko określonej pozycji na anglosaskim rynku. Zresztą słusznie, bo z Toshacka naprawdę był kawał grajka. Ale, ale… Na pewno z Toshacka? A może jego pradziad nazywał się „Tożek”? Ta wersja brzmiała przecież zdecydowanie bardziej swojsko… Z tego co pamiętam, Aleksandrowicz podjął ambitnie fałszywy trop, dalekich śladów polskości Toshacka jakoś nie udało się potwierdzić, a tym bardziej udokumentować. A jeszcze to nie były czasy, gdy wystarczyłoby kliknąć w internet…

Teraz, w uwerturze do wydarzeń na Cardiff City Stadium, toczyły się przede wszystkim psychologiczne gry wojenne. Wyrywkowy zapis zderzeń czołowych, podczas których w największej cenie pozostawały atuty niekoniecznie czysto piłkarskie. Sięgnięto do skarbca z awanturami na linii Tomasz Hajto – Robbie Savage. Z tym samym walijskim zawadiaką musiał toczyć boje Piotr Świerczewski. Gdzieś przemknął wątek, akurat ten z Chorzowa, o skutecznym sprowokowaniu przez Lesława Ćmikiewicza agresora o personaliach „Trevor Hockey” do popełnienia zakazanego czynu.

W mym prywatnym rankingu obejmującym tę materię nic i chyba nigdy nie przebije maestrii z jaką na Stadionie Śląskim potraktował Robert Gadocha Terry’ego Yoratha. Uderzenie z „baniaka” zostało zadane błyskawicznie i wykonane z absolutną perfekcją. A co ważniejsze, wychwyciły je wyłącznie telewizyjne kamery. Ale nie sędzia, bo inaczej musiałby zostać „Piłat” wyrzucony do szatni. Tego jednak nie weryfikował nikt, na szczęście…
Gadocha mógł wkrótce zostać najlepszym lewoskrzydłowym X mundialu.

Jeszcze dłużej, może nawet do dziś, trwają zachwyty na krakowskich Dębnikach, skąd Gadocha się wywodził. Jako osoby doskonale pamiętające uliczkę Bzową i będące wtedy omal sąsiadami później słynnego piłkarza, do teraz nie możemy w gronie kumpli wyjść z podziwu nad „akcją”, której nie uświadczysz w najbardziej renomowanych leksykonach historii światowego futbolu…

Tu i ówdzie, zresztą słusznie, pobrzmiewał wątek zmartwychwstania. M.in. przed mundialem w Japonii i Korei, gdzie mimo stanu 0-1 uratowali piłkarze Jerzego Engela trzy bezcenne punkty, po golach Emmanuela Olisadebe i Pawła Kryszałowicza. A wręcz imponujący był kilka lat później powrót z tamtego świata, kiedy znów uporano się z jednobramkowym deficytem, co zajęło Tomkowi Frankowskiemu, Maćkowi Żurawskiemu i Jackowi Krzynówkowi ledwie kilkanaście minut. Czy teraz znów czeka nas życie na huśtawce?

Tako się stało w meczu, który nie budził wątpliwości co do podstawowej kwestii: że jego ocena będzie absolutnie uzależniona od wyniku. Awans pozwoli cieszyć się z awansu, w przypadku złego epilogu posypią się gromy. A teoria względności zostanie odesłana do nieba Einsteinowi. Tymczasem, w mym przekonaniu, to co kiedyś wymyślił geniusz Albert jak najbardziej powinno mieć zastosowanie w odniesieniu do Cardiff. Że mianowicie:

• uratowały nas klasa i spokój Wojciecha Szczęsnego;

• karne zostały przez Polaków wykonane perfekcyjnie i nie wzięło się to z powietrza, tylko na bazie powtarzalności w ćwiczeniu tego elementu meczu;

• ewentualne partycypowanie w awansowej premii przez Fernando Santosa stanowić będzie niewątpliwie upokarzający, ale nade wszystko definitywnie ostatni moment w dziele rujnowania reprezentacji przez Portugalczyka;

• Michał Probierz zmienił w Cardiff ten wizerunek, przygotował się do tego egzaminu należycie;

• nie zlekceważył przy tym roli szczęścia, co nie jest z mej strony uwagą złośliwą;

• przez bite dwie godziny Polacy nie oddali celnego strzału na bramkę Danny’ego Warda, każde słowo komentarza jest zbędne;

• gra do przodu to dla naszej reprezentacji temat wciąż z całkiem obcej bajki;

• jakość drużyny określają piłkarze. Posiłkowanie się tym banałem, zwłaszcza w aspekcie poziomu technicznego, wprawdzie może irytować, ale wciąż ma bardzo konkretne podstawy.

Czy coś w tej materii zmieni się do czerwca? Choć wierzący, w takie cuda jakoś nie wierzę. Nie powiem, że na pewno przegramy z Holendrami, bo to futbol. Za to oburącz podpisuję się dziś pod opinią Marco van Bastena, iż nasza reprezentacja jest zbiorem sztywniaków.

Akurat oni dali Polsce radość. Towarzyszy jej, sądząc z euforycznego tonu niektórych komentatorów, zasadnicza wątpliwość:

Czy propaganda sukcesu, ta z epoki Gierka, aby na pewno przeminęła?

JERZY CIERPIATKA

Hits: 116

To top