Andrzej Iwan nie żyje

W wieku 63 lat zmarł dziś Andrzej Iwan, brązowy medalista piłkarskich mistrzostw świata w 1982 roku.

Urodził się 10 listopada 1959 roku w Krakowie, był wychowankiem Wandy Kraków, skąd przeniósł się do Wisły Kraków, z którą zdobył mistrzostwo Polski w 1978 r. W lidze w barwach Białej Gwiazdy zagrał 198 razy, strzelił 69 goli. Występował też w Górniku Zabrze. Był poza tym zawodnikiem VfL Bochum i Arisu Saloniki, grał w Szwajcarii (FC Azzurri, FC Pully). Później w Polsce występował w Kuchniach Izdebnik i Spartaku Wielkanoc-Gołcza.

W reprezentacji Polski wystąpił 29 razy, strzelił 11 bramek. Na MŚ zagrał także w 1978 r. Jako junior był członkiem reprezentacji U-18, która zdobyła brązowy medal na ME 1978.

Andrzej Iwan. Fot. MZPN

Jako trener był w Wiśle asystentem Adama Nawałki oraz Oresta Lenczyka i Waldemara Fornalika. Pracował też z Nawałką w Zagłębiu Lubin. Samodzielnie prowadził m.in. Okocimskiego Brzesko, Płomień Jerzmanowice i Orlęta Rudawa. W latach 2004-2005, pracując razem z Michałem Królikowskim, był trenerem Kadry Małopolski w turnieju UEFA Regions’ Cup, drużyna wywalczyła awans do finałów.

W ostatnich latach pracował w Wieczystej Kraków, a także w Wiśle Kraków. Był również cenionym komentatorem piłkarskim, komentował mecze I ligi dla Orange Sport i Polsatu Sport.

W 2012 roku ukazała się jego autobiografia pt. “Spalony”, napisana we współpracy z dziennikarzem Krzysztofem Stanowskim. Opowiadał w niej nie tylko o piłce, ale także o swoich uzależnieniach od alkoholu i hazardu.

Pogrzeb Andrzeja Iwana odbędzie się 5 stycznia 2023 roku o godz. 12.20 na Cmentarzu w Batowicach.

Był jednym z największych talentów w powojennej historii polskiego futbolu

Niebiańska drużyna powiększyła się o kolejną znaczącą Postać. Dziś w Krakowie zmarł w wieku 63 lat Andrzej Iwan. Jeden z największych talentów w powojennej historii polskiego futbolu. W jakim stopniu wykorzystał szansę? Z pewnością nie w pełni, choć lista sukcesów i tak jest pokaźna.

Urodził się 10 listopada 1959 i stawiał pierwsze kroki piłkarskie w krakowskiej Wandzie, pod okiem trenera Mariana Pomorskiego. W wieku zaledwie 16 lat rozpoczął oszałamiającą karierę w Wiśle, z „Białą Gwiazdą” wywalczył w 1978 tytuł mistrza kraju. Później, w latach 1986-1988, trzykrotnie sięgał po to zaszczytne trofeum w barwach Górnika Zabrze. Za granicą grał w VfL Bochum, Arisie Saloniki i FC Pully. Okazjonalnie kończył karierę w Kuchniach Izdebnik.

W drużynie narodowej zadebiutował w kadrze prowadzonej przez Jacka Gmocha na argentyńskim mundialu, Polska pokonała Tunezję 1-0. Cztery lata później wrócił z Espana ’82 z brązowym medalem, ale do pełni satysfakcji było daleko, bo już w drugim meczu (z Kamerunem) został wykluczony z dalszego udziału w turnieju przez ciężką kontuzję. Ogromna szkoda, był to bowiem czas, kiedy utrzymywał się z znakomitej formie. Dość powiedzieć, że na koniec 1980 znalazł się na topie europejskiej listy snajperów, która podsumowywała roczne dokonania strzeleckie poszczególnych zawodników w narodowych barwach. Łącznie w latach 1978-1987 zagrał w pierwszej reprezentacji 29 meczów i strzelił jedenaście goli. Trzy z tych bramek padły w Krakowie, było to w spotkaniach z Algierią (5-1, dublet na stadionie Hutnika) oraz z Rumunią (2-2, gol z karnego na obiekcie Wisły).

Po zakończeniu kariery udzielał się jako trener, głównie w odniesieniu do klubów i reprezentacji naszego małopolskiego regionu. Ponadto podejmował się komentowania polskiej rzeczywistości futbolowej. Były te opinie najczęściej nacechowane trafnością spostrzeżeń i dużą dozą krytycyzmu.

Teraz udał się na następny mecz. Niestety, gdzieś bardzo daleko…

Cześć Jego Pamięci!

* * *

Na jakże smutną okoliczność pożegnania Andrzeja Iwana publikujemy dwa różne flesze z Jego drogi życiowej, w której nie brakowało doświadczeń o najprzeróżniejszym charakterze.

Wstęp do kariery

U progu roku 1978 przed polskim futbolem postawiono dwa ambitne zadania do wykonania. Pierwszy cel powierzono do realizacji reprezentacji U-18. Oczekiwano, że „Orliki” zdobędą złoty medal w rozgrywanym w naszym kraju, na boiskach województw: bielskiego, częstochowskiego, katowickiego, sądeckiego oraz w Krakowie XXXI Turnieju Juniorów UEFA. Dziewicza impreza rangi europejskiej w Polsce miała się zakończyć podwójnym sukcesem: wykazać organizacyjną sprawność i sportową maestrię.

Reprezentację 18-latków oddano w sprawne ręce Edmunda Zientary, który swoim asystentem uczynił Henryka Apostela. Doświadczony trener skonstruował ekipę w oparciu o niewątpliwe walory bramkarzy Jacka Kazimierskiego i Janusza Stawarza, stopera Kazimierza Budy i Marka Glanowskiego, trójki pomocników: Andrzeja Buncola, Krzysztofa Kajrysa i Joachima Hutki oraz snajpera Andrzeja Iwana. Wymienionych uzupełniali najczęściej: Jan Janiec, Krzysztof Jarosz, Marek Chojnacki, Antoni Kot i Ryszard Szewczyk w obronie oraz Krzysztof Baran, Zbigniew Kruszyński i Bogusław Skiba w ataku.

„Orliki” wygrały rywalizację w grupie „D”. Mimo porażki z Hiszpanią 1-2 (gol Kajrysa) zwycięstwa nad Turcją 2-1 (dwa gole Iwan) oraz Anglią 2-0 (po golach Buncola i Kajrysa) zapewniły zespołowi trenera Zientary udział w medalowej rozgrywce na stadionach Krakowa. W półfinale „biało-czerwonym” przyszło się mierzyć z reprezentacją ZSRR. Z meczu rozegranego 12 maja na stadionie Cracovii widzowie zapamiętali dojmującą piłkarską wyższość „Sbornej” oraz… nową tablicę świetlną w działaniu. Polacy przegrali 0-2 po grze, która nie dostarczyła im oczekiwanego splendoru.

W niedzielę, 14 maja, w meczu o III miejsce rozegranym na obiekcie Wisły, w starciu ze Szkocją, „Orliki” nie pozostawiły wątpliwości, która z drużyn zasłużyła na „brąz”. Na zwycięstwo 3-1 złożyły się gole Buncola, Iwana (karny) oraz Hutki. Ostatecznie polscy juniorzy zdobyli trzecie miejsce w Europie i tym samym zakwalifikowali się do udziału w II MŚ-1979 w Japonii. Złoty medal przypadł drużynie ZSRR, która w finale pokonała Jugosławię 3-0. Podopieczni trenera Siergieja Korszunowa zdobyli w rozgrywkach komplet punktów, strzelając 15 goli i nie tracąc ani jednego. Siedem trafień zanotował Ołeh Taran – najlepszy zawodnik mistrzostw.

Andrzej Iwan: Nie starczyło motywacji

Talent czystej wody, gracz ponadprzeciętny, futbolista o wielkich możliwościach – tymi określeniami opisywano Andrzeja Iwana u progu jego piłkarskiej kariery. „Ajwen” poddawał się piłkarskiej edukacji z przyjemnością, a kolejni szkoleniowcy z satysfakcją konstatowali szybkie postępy młodego futbolisty. W wieku lat szesnastu wydawał się być graczem ukształtowanym. Oto jak zapamiętał tamten czas:

  • Z Wisłą związałem się na początku roku 1976. Z nowohuckiej w Wandy trafiłem wprost do pierwszoligowego zespołu „Białej Gwiazdy”. Doświadczenie gry w dorosłej piłce miałem znikome, gdyż w zespole seniorów Wandy grałem niewiele. Tak naprawdę pamiętam tylko jeden mecz, przeciwko Grębałowiance.
  • W wieku 16 lat przyszło Ci podjąć I-ligowe wyzwanie w czołowym polskim klubie z ambicjami.
  • Fizycznie czułem się gotowy do podjęcia wyzwania. Byłem młodzieńcem walecznym, o mocnej posturze.
  • Miałeś obawy?
  • Wstydziłem się, dlatego nie przyszedłem na pierwsze treningi. Nie potrafiłem sobie wyobrazić jak się mam zachować wobec wielkich: Szymanowskiego, Musiała, Maculewicza, Kapki, Kusty… W tej sytuacji na pierwsze zajęcia w klubie przywiózł mnie radiowozem płk Leszek Snopkowski.
  • Do Wisły trafiłeś jako wielki talent.
  • Z tym talentem to różnie bywało. Na pierwszym treningu, w którym uczestniczyłem, co rusz się wywracałem, gdyż na rozmokłym, błotnistym boisku trudno było utrzymać pion w trampkokorkach.
  • A jak było w rzeczywistości? Czy odstawałeś od Wiślaków, od futbolistów słynących techniką, krakowskim stylem gry?
  • Wcale nie czułem się gorszym. W Wandzie piłkarskiego rzemiosła uczyłem się pod okiem trenera Mariana Pomorskiego, wychowawcy wielu uznanych zawodników: Jurka Płonki, Jasia Surowca, braci Stolczyków. Kierując swoje kroki ku Wiśle podążyłem wcześniej sprawdzonym szlakiem.
  • W roku 1975 juniorzy Wisły prowadzeni przez trenera Lucjana Franczaka wywalczyli mistrzostwo Polski. W zespole występowali reprezentanci Polski juniorów: Andrzej Targosz Krzysztof Budka, Adam Nawałka, Leszek Lipka, Michał Wróbel, Jan Jałocha. Jak przyjęło Cię grono mistrzowskich juniorów?
  • Znaliśmy się wcześniej. Graliśmy wspólnie w reprezentacji województwa krakowskiego, którą prowadził trener Władysław Stiasny. Właśnie dzięki występom w Pucharze Michałowicza zostałem zauważony przez trenerów kadry narodowej juniorów, którą prowadził Ignacy Ordon, a następnie Marek Janota. Pamiętam, że w roku 1976 wystąpiłem w Turnieju Przyjaźni w stolicy Tadżykistanu Duszanbe, zawody oficjalnie określano mianem Mistrzostw Krajów Demokracji Ludowej. Na koniec świata jechałem w towarzystwie drugiego krakowianina w reprezentacji, Krzyśka Budki.
  • Jak zapamiętałeś występy w drużynie juniorów Wisły?
  • W zespole Lucjana Franczaka grałem rzadko, tylko w najważniejszej fazie rozgrywek o MP juniorów roku 1976: w ćwierćfinałach, półfinale i finale przeciwko Odrze Opole, z którą wygraliśmy 5-1. W owym czasie trener Aleksander Brożyniak częściej nakazywał mi grę w zespole rezerw.
  • Dlaczego wybrałeś Wisłę? Innych propozycji dla chłopaka z Nowej Huty nie było?
  • Pierwszy zjawił się Hutnik. Przyjechali Michał Królikowski z Jurkiem Pestem. Proponowali grę, jakąś kasę, robotę dla ojca. Mnie się ta propozycja podobała. Jako chłopiec kibicowałem Hutnikowi. Wyjazd do Krakowa, na mecze Wisły, to była wyprawa. Były też propozycje z Cracovii, Unii Tarnów. Ale tak naprawdę to do mamy należała decyzja w sprawie moich piłkarskich losów. Mama ufała trenerowi Pomorskiemu, a ten zalecał Wisłę. Trener Wandy znał dobrze wiślackie środowisko i Leszka Snopkowskiego ze wspólnej gry w zespole „Białej Gwiazdy”. Wisła zapłaciła za mnie niezłe pieniądze.
  • Wróćmy do reprezentacji juniorów. W roku 1977 finały Turnieju UEFA Juniorów zaplanowano rozegrać w Belgii.
  • Zapamiętałem dwa mecze eliminacyjne z końca 1976 roku. Przyszło się nam mierzyć z Bułgarią. W pierwszym spotkaniu, w Tomaszowie Mazowieckim, uzyskaliśmy remis. W rewanżu w Płowdiw, przy komplecie publiczności, graliśmy dobrze, prowadziliśmy grę, ale… przegraliśmy z sędzią. Takie to były czasy.
  • W roku 1978 organizację puli finałowej Turnieju UEFA Juniorów powierzono Polsce. Pierwsza impreza rangi europejskiej w naszym kraju miała się zakończyć podwójnym sukcesem: organizacyjnym i sportowym. Toteż brązowy medal przyjęto bez entuzjazmu.
  • Czułem presję, a równocześnie odnosiłem wrażenie, że PZPN-owi niezbyt zależy na Turnieju UEFA. Wiosną 1978 roku działacze szykowali się do mistrzostw świata w Argentynie. Mundial pochłaniał niemal całą energię Związku. Juniorska kadra była traktowana co nieco z boku. Nie czułem, aby o nas dbano. W trakcie przygotowań oraz samego turnieju drużynę „Orlików” zakwaterowano w pawilonach w parku za Stadionem Śląskim. Standard… pożal się Boże. Nikt specjalnie się nie troszczył o fajne zorganizowanie naszego pobytu, toteż w wolnych chwilach musieliśmy sobie radzić sami. Czmychaliśmy balangować.
  • Uważano powszechnie, że posiadamy poważne argumenty, aby walczyć o „złoto”. W drużynie grali zawodnicy o już ukształtowanej pozycji w lidze: Jacek Kazimierski, Kazek Buda, Krzysiek Kajrys, Joachim Hutka, Andrzej Buncol, Andrzej Iwan…
  • Nie do końca się z tym zgadzam. Przyznaję, mieliśmy mocną pakę, jednak późniejsze doświadczenia każą mi stwierdzić, że w taki sposób nie należy konstruować drużyny juniorów. To wariant być może dobry na jeden mecz.
  • Dlaczego?
  • W większości byliśmy dorosłymi, zawodowymi piłkarzami ligowymi, toteż gra w juniorskiej reprezentacji nie była motywująca. Traktowaliśmy te występy bez emocji, tak sobie.
  • Miałeś wówczas głowę zaprzątniętą wyjazdem na MŚ do Argentyny?
  • Oczywiście. Pierwsze powołanie do dorosłej kadry trenera Jacka Gmocha otrzymałem w wieku 17 lat. Jednak nie mogłem występować w oficjalnych meczach pierwszej reprezentacji, gdyż byłem zastrzeżony do juniorów, z którymi miałem zdobyć mistrzostwo Europy juniorów. Ówczesne przepisy stanowiły, że zawodnik, który rozegra mecz w seniorach, nie może grać w juniorach. Sytuacja była dziwna. Przez rok jeździłem na zgrupowania pierwszej reprezentacji, ale grałem w drużynie juniorów. Poza tym zależało mi bardzo na zdobyciu mistrzostwa Polski z Wisłą. Wiosną 1978 roku, kiedy walczyliśmy o tytuł, przebywałem na zgrupowaniach „Orlików”. Na przedostatni mecz sezonu, przegrany w Chorzowie z Ruchem, otrzymałem przepustkę, jednak w ostatnim spotkaniu z Arką Gdynia już nie wystąpiłem. Koledzy fetowali mistrzostwo, ja siedziałem w barakach w Chorzowie. Czułem, że coś straciłem.
  • Na inauguracje Turnieju UEFA`78 Polska przegrała z Hiszpanią.
  • Pamiętam doskonale. Mecz odbywał się na stadionie AKS-u Chorzów, w miejscu gdzie dzisiaj stoi jakiś hipermarket. Atakowaliśmy, posiadaliśmy przewagę, jednak nie ustrzegliśmy się ewidentnych błędów w obronie. Głównymi winowajcami uczyniono Jacka Kazimierskiego i blok obronny z Kazkiem Budą.
  • Później było już tylko lepiej? Trener dokonał korekt w składzie. Kazimierskiego zastąpił Janusz Stawarz, w środku obrony partnerem Marka Glanowskiego został Antoni Kot.
  • Nie do końca. Wprawdzie wygraliśmy grupę po zwycięstwach nad Turcją 2-1, w meczu w którym strzeliłem dwa gole, oraz Anglią 2-0, po trafieniach Buncola i Kajrysa, jednak w decydującym o finale spotkaniu z ZSRR ulegliśmy 0-2. Konfrontacja na stadionie Cracovii pokazała, że reprezentacja Związku Radzieckiego przewyższa nas pod każdym względem. Byłem pod wrażeniem gry Tarana. Śledziłem później jego karierę.
  • W meczu o „brąz” na stadionie Wisły udało Ci się strzelić gola.
  • Trafiłem z rzutu karnego. Wygraliśmy 3-1. Jednak szału nie było. Medal przyjąłem bez specjalnego entuzjazmu. Spieszyłem się na zgrupowanie seniorskiej reprezentacji.
  • PZPN wynagrodził was za miejsce na podium?
  • Nie. Nie pamiętam, abym coś otrzymał. Zresztą na nic nie liczyłem. Dla mnie koniec Turnieju UEFA oznaczał rozpoczęcie nowej futbolowej przygody.

„Spalony” Andrzeja Iwana

Z pomocą Krzysztofa Stanowskiego sięgnął Andrzej Iwan po pióro. Czy napisaniem autobiografii pod tytułem „Spalony” można uniknąć wpadnięcia w pułapkę ofsajdową? Rozsądzali tę kwestię czytelnicy, poniekąd występujący w roli liniowych asystentów arbitra.

Wybór nowohuckiej restauracji „Stylowa” na miejsce promocji książki ani trochę nie był przypadkowy. Właśnie po awanturze w „Stylowej” znalazł się kiedyś Andrzej Iwan na jednym z pierwszych zakrętów życiowych. Wcale nie ukrywał, że było ich wiele. I że wcale nie zamierzał tematów niewątpliwie trudnych, osobistych, niekiedy nawet bardzo intymnych, skrywać pod korcem prywatności. Jeśli dobrze odczytałem intencje bohatera autobiografii, były trzy motywy jej napisania: ukazanie nagiej prawdy o Andrzeju Iwanie, rozwinięcie wątków stricte piłkarskich również na życiowe uwikłania, wreszcie chęć zarobienia na sprzedaży książki, która właśnie trafiała na półki. Bez hipokryzji, po prostu. I zgodnie z założeniem, że autobiografia składała się z mnóstwa bulwersujących tematów, potraktowanych personalnie. Może nawet wyłącznie z takich.

Stronice książki przewracałem z podobną pazernością, jak dawno temu „Złego” Leopolda Tyrmanda. Ta asocjacja nie kryła podejrzanego podtekstu, ani tym bardziej nie prowokowała do porównań czysto literackich. Szło mi jeno o zawrotne tempo narracji, choć z wyraźnie zauważalną różnicą. W „Złym” nie miałem zielonego pojęcia, co zdarzy się na kolejnej kartce, albo znacznie dalej. Ze „Spalonym” było inaczej, przynajmniej niektóre z faktów były mi znane od dawna. Ale częstokroć dochodziła do tego otoczka, okoliczności, niekiedy bardzo pikantne. „Ajwen”, tak w całkiem swoim stylu, znów poszedł na całość. Stąd przypuszczenie graniczące z pewnością, że ten czy ów, a wywołany z nazwiska do tablicy, mógł mieć kwaśną minę. Ale w „Spalonym” nic nie działo się za darmo. Rachunki płaciło wielu, a najwięcej Autor.

Wiele spraw szokowało. Okoliczności pożegnań z najbliższymi, jednoznacznie fatalny bilans księgowy aktywów i pasywów, osaczenie przez nałogi alkoholowo-hazardowe… Niekiedy zbyt kategoryczne były oceny piłkarzy, działaczy i trenerów. Jaką wagą zważyć prawdę, skoro zwłaszcza w sytuacjach kontrowersyjnych była dla obu stron kompletnie różna?

Tych znaków zapytania i wątpliwości nasuwało się po lekturze zdecydowanie więcej. Ile przy odgwizdanych spalonych było winy „Spalonego”? Ile winy tych, co pułapki ofsajdowe Mu zakładali? Każdy musiał sobie odpowiedzieć po swojemu. Ale pewne było, że nikt po przeczytaniu ostatniego zdania nie pozostawał obojętny.

JERZY CIERPIATKA
JERZY NAGAWIECKI

Hits: 46

To top