O Ruchu, „Tempie” i piłkarzach zlepionych z kontrastów. Rozmowa z Wojciechem KUCZOKIEM

JERZY CIERPIATKA: – Chorzów, Cicha 6… Podobnie jak Pan lubię ten adres, choć pewnikiem nie aż w takim stopniu. Ruch jest dla Pana tym samym, co dla mnie Garbarnia. Podobieństwo jest m.in. takie, że z rodzinnych domów mieliśmy bardzo blisko do ukochanych klubów.
WOJCIECH KUCZOK,
prozaik, poeta, scenarzysta, krytyk filmowy, laureat prestiżowych nagród literackich:
– Chwilowo został już tylko sam adres, płakać się chce… Rzeczywiście, miałem bardzo blisko na stadion Ruchu. Pierwsze trzydzieści lat życia spędziłem z widokiem na „świeczki”, a właściwie na tę najbliższą, którą wycięli kilka tygodni temu. Nie dość, że domu rodzinnego nie ma, bo popadał w ruinę, została mama i musieliśmy go sprzedać, to przestają istnieć pierwsze elementy widoku. Bo oprócz drzew była właśnie ta świeczka, ten nasz jupiter, który teraz został zdemontowany. Rozpacz… I wielka wyrwa w sercu. Ale później, w wyniku jednego z moich małżeństw, żyłem jeszcze bliżej stadionu Ruchu, jakieś trzysta metrów od wejścia. Ta jakże bliska odległość zresztą kilkakrotnie uśpiła moją czujność. Miałem blisko, więc szedłem na stadion zbyt późno, bo nie uwzględniałem napierających na bramę tłumów.

– Mnie niestety pozostało w zasadzie tylko życie chwalebną przeszłością starego Ludwinowa. Panu, zdaje się, jest znacznie bliżej, aby Ruch wrócił na właściwe miejsce.
– Ale nie jest Pan aż takim szczęściarzem, aby pamiętać mistrzowski tytuł Garbarni z 1931 roku. A ja jednak mistrzostwo Ruchu pamiętam. Jedno, bo jedno, ale pamiętam.

– Po tych strasznych, chudych latach dla Ruchu coś na szczęście zmieniło się.
– Dynamiczne upadki niektórych klubów zaczęły się po 1989 roku. W poprzednim systemie ich działalność była zdecydowanie stabilniejsza. W nowej rzeczywistości śledziłem więc dramaty zasłużonych klubów. Najbardziej spektakularny dotyczył zdaje się Piasta Gliwice, który całkiem rozpadł się, później grał w A-klasie, aż w końcu został mistrzem Polski. Podobne zawirowania dotyczyły Zagłębia Sosnowiec, łódzkiego Widzewa… W kontekście Ruchu myślałem sobie, że nawet jakby było całkiem źle, to nie podzieli losów tych klubów. Nie spodziewałem się, że będzie to aż tak głęboki upadek. Trzy sezony z rzędu spadki, w końcu znalezienie się poza centralnym systemem rozgrywek… Ale jak zaczął awansować, to też bez zatrzymywania się po drodze. Było to zaskakujące, niestety również dla właścicieli, dla miasta. Teraz też „grozi” nam kolejny awans, ale na poziomie ekstraklasowym z tak niskim budżetem i z tym wrakiem stadionu już się tak nie da. I nie wiem, czy wszyscy w Chorzowie są szczęśliwi, że Ruchowi tak dobrze idzie… Z drugiej strony myślę sobie: do jasnej cholery, czy Chorzów jest jakimś miastem przeklętym na mapie? Wszędzie indziej znajdują się jacyś pojedynczy sponsorzy, jacyś zamożni panowie, którzy chcą sobie przedłużyć ego i zainwestować w klub, a tu się tego nie da? Gdzieś i kiedyś musi się to skończyć. Zwłaszcza że są wyniki, że są kibice… A tu, z powodu groźby katastrofy budowlanej, trzeba mecze grać w Gliwicach… I jako klub praktycznie bezdomny Ruch ma frekwencję rzędu 9 tysięcy widzów… Z takim potencjałem kibicowskim i sportowym musi w końcu pojawić się ktoś z dużymi możliwościami finansowymi, kto będzie chętny Ruchowi pomóc. Mam nadzieję, że nie będzie się to odbywać na zasadach panujących w dzikim kapitalizmie, jak to było w latach 90. ubiegłego wieku… Rachunek prawdopodobieństwa wskazuje na to, że w Chorzowie znajdzie się poważny sponsor. Oczywiście z zachowaniem nazwy, bo zmiana szyldu z „Ruch” na coś innego raczej by stanowiła przeszkodę marketingową.

– Jak potrzebne są takim klubom jak Ruch legendy Wilimowskich, Cieślików, Faberów, Warzychów, przedwojennej „Omegi”?
– Myślę, że „Gucio” Warzycha jednak mocno zweryfikował swoją legendę. Pamiętam go jako bardzo zdolnego napastnika tej żwawej drużyny, która pod wodzą Jerzego Wyrobka zdobyła mistrzostwo Polski. Ale pamiętam też jak Warzycha nie radził sobie zupełnie w reprezentacji, a przede wszystkim, gdy jako kompletnie nieudaczny trener spuścił Ruch z ekstraklasy. Po sezonie zasadniczym nieszczęsny zarząd pozbył się Waldemara Fornalika (albo on stwierdził, że nie ma zamiaru dalej tkwić w tym nieciekawym układzie). Fornalik zostawił Ruch przed rundą barażową jeszcze nad kreską, przyszedł Warzycha i dopiero wtedy zaczął się prawdziwy dramat. Niemniej legendy są Ruchowi jak najbardziej potrzebne, co zresztą widać przy wchodzeniu na stadion. Kiedy patrzy się na koronę obiektu, który jest otoczony banerami przypominającymi sylwetki legend klubowych. A swoją drogą, cóż w Chorzowie można pielęgnować, jak nie przeszłość? Ruch ma na koncie 14 tytułów mistrzowskich, z tym że ostatni sprzed 34 lat… Jeśli drużyna ciągle gra na stadionie, którego główna trybuna jest żywym zabytkiem i dziwię się, że jeszcze się nie zawaliła… Więc przeszłość jest jednym z głównych atutów Ruchu. Były takie lata w większości mojego życia, że to był jedyny atut. Na szczęście teraz potencjał sportowy i energia z jaką drużyna została odbudowana stanowią konkretne przesłanki optymizmu. Jest budowana bardzo rozsądnie, z takim – na szczęście nie traktowanym ortodoksyjnie – regionalizmem. Nie bierzemy gości, którzy pierwszy raz w życiu widzą Śląsk, tylko takich, którzy gdzieś tu biegali po podwórkach. A jak już kiedyś wyjechali, to teraz tu wracają. Chorzów nie będzie pod tym względem Bilbao czy San Sebastian, ale założenie pod tytułem „gramy swoimi” jest niewątpliwie słuszne. Jest zdrowo również pod względem marketingowym, PR. Mamy rewelacyjnie spisującego się rzecznika prasowego, Tomasza Ferensa, który fantastycznie ogarnia media społecznościowe. Doskonale jest prowadzona strona klubowa, z emitowanym przed każdym meczem dziesięciominutowym filmem „czas na szpil”. Kiedyś przygotowanie do meczu kojarzyło się z broszurką wydawaną na żenującej jakości papierze. Później było takie pisemko „Niebiescy”, do którego pisywałem felietony. Ale jednak teraz, z duchem czasu, jest to wszystko robione na poziomie „Canal+”. High level… Tak jak Ruch był kiedyś śmiertelnie chory, tak teraz jest super zdrowy. Tylko, że rozziew między infrastrukturą a standardami przyzwoitości pod tym względem jest ogromny. A obecne miejsce dla Ruchu powinno być na Stadionie Śląskim. Bo jeśli teraz chodzi na mecze po 9 tysięcy kibiców, to na Śląskim byłoby ich pewnie ze 20-30 tysięcy…

– Że kocha Pan Ruch to oczywiste. Bywał Pan jednak krytyczny, i to bardzo, wobec tego, co się u „Niebieskich” działo.
– Głównie byłem krytyczny wobec kibolstwa, za co zresztą obrywało mi się tu i ówdzie. Teraz widzę, że kibice to jest wielka siła, ten 12. zawodnik w drużynie. Ale nie zawsze tak bywało. Pamiętam mecze, kiedy zgraja wbiegała na boisko, stadion był zamykany. Napisałem kiedyś brutalny tekst, z którego zrozumieli tylko słowo „frajer”, i to opacznie do moich intencji. Ale trudno nie być zrozpaczonym, kiedy ukochany klub upada i to kilkakrotnie. Więc poniekąd taką postawę kiboli można zrozumieć. Musieli z bliska być świadkami sześciobramkowych klęsk z drużynami, których wcześniej zbytnio nie kojarzyli. Sam zresztą miałem swój problem. Kiedy umierał mój tata, mimo to wciąż pytał się co tam z Ruchem. W takich sytuacjach wekslowałem rozmowę na inne tematy. „Daj spokój. Wiesz, właśnie mistrzem Polski został Piast…” – uciekałem od odpowiedzi na pytania o Ruch. I oczywiście nie podawałem jakim wynikiem zakończył się mecz, o który pytał tata. Nie chciałem go dobijać… Zamiast podawania wyniku dawałem mu ciasteczka, bo wtedy bardzo lubił słodycze.

– Jaką materią dla Pana, jako wybitnego pisarza, jest futbol? To bardziej trudny niż wdzięczny temat?
– Gdybym miał taką swobodę pisania prozy jaką mam kiedy piszę o futbolu, to już byłbym autorem bardzo spełnionym. I miałbym pewnie z trzydzieści książek na koncie. Ale niestety tak nie jest. Piłka kojarzy mi się z wszystkim co najlepsze. Raz, że ją kocham. Dwa, że dzięki futbolowi wyzbywałem się od dzieciństwa fobii społecznych. Byłem taki nieśmiało- lękliwy i jeszcze gdybym nie daj Boże bał się tłumu pewnie spędziłbym życie w jakiejś izolacji. Ale jednak jakoś trzeba było chodzić na ten mecz, trzeba było przeżywać z tą samą kilkudziesięciotysięczną ekipą te same emocje. Więc myślę, że dla mnie była to przez wiele lat jakaś terapeutyczna sprawa. Marzyło mi się, ale pewnie jestem za stary, aby to spełnić, żeby jeździć po wszystkich największych stadionach świata, oglądać na nich wielkie mecze, pisać o nich, być w wiecznej podroży ze stadionu na stadion. Zwłaszcza teraz, kiedy jesteśmy świadkami jakże dynamicznej ofensywy infrastrukturalnej. Powstają wręcz arcydzieła architektoniczne, u nas też. Jestem pod szczególnym urokiem fantastycznego obiektu w Gdańsku, moim zdaniem najpiękniejszego w Polsce. Z Ruchem przestałem jeździć na wyjazdy w latach najgorszych, kiedy doznawał upokorzeń w miejscach, które wcześniej niekoniecznie znał. Ale gdy znów zaczął remisować, a jeszcze lepiej gdy wygrywał, zacząłem odwiedzać miejsca dla Chorzowa cokolwiek egzotyczne. Zdzieszowice, Grodzisk Mazowiecki, Siedlce… Właśnie w Siedlcach zdarzyła mi się dwa lata temu sytuacja, o której nie wiedziałem czy kiedykolwiek będzie mnie dotyczyć. Otóż oprócz dziennikarzy i ekipy towarzyszącej piłkarzom byłem jedynym kibicem Ruchu na stadionie. Kompletnie osamotniony w jakimś całkiem pustym sektorze, w którym oprócz mnie nie było nikogo… Wszystko toczyło się w zimowej aurze, podczas śnieżycy i nie wiedziałem jak się czuć. Odczuwać dumę czy powiedzieć sobie: chłopie, co ty robisz… Czy jestem wierny czy jestem idiotą…

– Podobno w latach 80. ubiegłego wieku biegał Pan z wywieszonym językiem do kiosku po „Tempo”.
– Wychowałem się na „Tempie”. W Warszawie był „Przegląd Sportowy”, Śląsk stanowił domenę „Sportu”. A wy nie mieliście konkurencji w Małopolsce. Pamiętam, jak w latach 80. jeździłem na ferie do Bukowiny Tatrzańskiej. Z prasą w ogóle był tam problem, bo na cały kurort istniał jeden kiosk. Ustawiałem się w długiej kolejce i czekałem kilkadziesiąt minut, a nawet godzinę na przyjazd „nyski” z gazetami. Jak już przyjechała, to liczyłem ile osób jest przede mną w kolejce. I ile jest egzemplarzy „Tempa”. No i zdarzało się, że facet stojący metr z przodu kupował akurat ten ostatni numer „Tempa”. Błagałem jako dzieciak: niech mi Pan pozwoli przejrzeć, na stojąco, później Pan zabierze sobie gazetę do domu. Już w latach 90. byłem na studiach humanistycznych. Zawsze wojowałem z elitami, które obnosiły się z niechęcią, nawet pogardą do futbolu jako czegoś podrzędnej kategorii. Równocześnie jednak rodziły się u mnie wątpliwości: a może te elity mają rację, może kibicowanie jest sprawą niegodną intelektualistów? Nie chcę Ryszardowi Niemcowi ani Panu słodzić, ale rozwiała te wątpliwości lektura Waszych felietonów w „Tempie”. Gdy zobaczyłem jak w gazecie sportowej może rozpinać się przestrzeń między futbolem i kulturą. Film, literatura, muzyka i futbol w jednym… Pomyślałem sobie „wow!”, tego mi było trzeba. Od kilkunastu lat pisując do „Rzeczpospolitej” oraz „Wyborczej, wzoruję się na felietonach Niemca i Cierpiatki w „Tempie”. Aby łączyć konteksty, samym futbolem niech się zajmują dziennikarze sportowi. Ale ja liczę na to, że kiedy napiszę felieton o meczu ekipy Bernardo Bertolucciego, który kręcił „Wiek XX” z ekipą Piera Paola Pasoliniego, który w tym samym czasie robił „Salò, czyli 120 dni Sodomy”, bo obaj byli fanami futbolu, to będzie już jakiś kontekst. Dlatego strasznie płakałem jak nastąpiło tzw. połączenie „Przeglądu Sportowego” z „Tempem”, bo „Przegląd” uosabiał dla mnie dziennikarstwo zupełnie wyjałowione z emocji, głębszych doznań i przesłań.

– Jakie wrażenia towarzyszyły Panu przy oglądaniu ostatniego mundialu? Chodzi mi o polski kontekst.
– Mieszane. Zawsze mam problem z tymi mundialami, na których gra Polska. Od kiedy w 1982 roku przeżyłem jakiś piękny sen i do tej pory nie wiem, czy zdarzyło się naprawdę, że w Hiszpanii graliśmy o medale i byliśmy jedną z najlepszych drużyn na świecie, to później radość z oglądania kolejnych mundiali zawsze była zmącona oglądaniem meczów polskiej reprezentacji. Właściwie to zawsze było źle. Raz tylko czułem się tak jak się czują kibice tych zdrowych drużyn. Z tym, że nie było to na mundialu, a podczas EURO ’2016. Oglądałem wtedy te mecze Polaków, jakby to nie byli oni. Bo gra świetna drużyna, a kibicuję jej dlatego, że gra świetnie. I nie muszę kibicować jej, bo jestem Polakiem, tylko kibicuję z radością.

– Pożegnanie się z Czesławem Michniewiczem było uzasadnione?
– Zobaczymy. To paradoksalna sytuacja, doszło do rozstania z trenerem, który osiągnął dwa cele: awans na mundial i wyjście z grupy. Powiem szczerze, iż nie spodziewałem się po Cezarym Kuleszy, że prezes PZPN podejmie tak odważną decyzję. Wielki kosmopolita i światowiec Zbigniew Boniek dał nam nijakiego Jerzego Brzęczka, a później, pewnie całkiem na alibi, trenera z kapelusza, Paulo Sousę. Natomiast Kulesza dał nam trenera, który miał zalepić dziury i to zrobił. Awansował do dalszej fazy mundialu, a wcześniej utrzymał drużynę w Lidze Narodów. Michniewicz zatem osiągnął więcej niż ktokolwiek by się po nim spodziewał, a mimo to prezes nie przedłużył z nim umowy. Dlatego, że drużyna grała tak obrzydliwy futbol, iż nie dało się tego oglądać.

– Każdy ma swoich idoli. Którzy piłkarze są nimi dla Pana?
– Zawsze lubiłem niegrzecznych chłopców. Stanowi to zaprzeczenie tego, co lubię w literaturze, muzyce, bo jestem strasznie konserwatywny. Przede wszystkim lubię tych piłkarzy, którzy próbują oszukać czas i bywa, że to się udaje. Czyli lubię piłkarzy, którzy grają długo. Jak widzę, że Fabio Quagliarella już po „czterdziestce” jeszcze wychodzi na boisko, to jestem w siódmym niebie. I jakoś zapominam wtedy o swoim PESEL-u, bo widzę jak ten Quagliarella biega. Jak widzę, że Zlatan Ibrahimović leczy następną kontuzję i znów wraca, to się cieszę. To niewątpliwie dobrze, że wiek czynnego uprawiania futbolu, i to na wysokim poziomie, wciąż się przesuwa. Niestety nie ma już zawodników w moim wieku, chociaż dawno temu Stanley Matthews jeszcze po „pięćdziesiątce” wyszedł na pożegnalny mecz w barwach Stoke. Ibrahimovića uwielbiałem również jak był zdecydowanie młodszy. Jak był głupi, tak był genialny… W ogóle lubię jak ten geniusz jest niekontrolowany. Kiedy ci piłkarze nawet nie zdają sobie sprawy jak są genialni.

– Dla Argentyńczyków symbolem wielkości zawsze pozostanie Diego Maradona, choćby Lionel Messi wygrał jeszcze trzy następne mundiale. Podziela Pan takie podejście do sprawy? Dlaczego im nie przeszkadza, że futbolowy geniusz był jednocześnie niepospolitym oszustem?
– Messi jest najbardziej spełniony, ale to Maradona zawsze będzie na pierwszym planie. Zgadza się, był nieszczęśliwym człowiekiem, był słaby, był oszustem. Ale grał fenomenalnie. A ja najbardziej lubię postaci zlepione z kontrastów. Lubię takich gości złamanych. Dlatego Messi, choć gra wspaniale, jest dla mnie cokolwiek nudny. W nim nie ma żadnej skazy, o nim nie ma żadnej opowieści. Nawet ta jego rodzina jest jakby z plakatów, grzeczna, pospolita. Z Maradoną było zupełnie inaczej. Ile wątków, dowodów wielkości, afer… I ta niesłychana sinusoida kolei losów, nastrojów… Jest zresztą genialny film o Maradonie, gdy grał w Neapolu. Jak z Boga nagle stał się wrogiem numer „1”. Zawsze intrygowały mnie skomplikowane postaci, choćby Mario Balotelli. Dysponował potencjałem na miarę największych gwiazd futbolu, ale nigdy nikt nie wiedział jaki mecz zagra. Włącznie z Balotellim.

– Za kilka godzin pojedzie Pan do Niepołomic na mecz Puszczy z Ruchem.Na razie jednak rozmawiamy w Rynku Dębnickim. Tu przed wojną mieszkał późniejszy szef polskiego sportu – Włodzimierz Reczek, a już po okupacji genialny kompozytor nie tylko arcydzieł Ewy Demarczyk, Zygmunt Konieczny. Z Janem Nowickim (słowa) twórca obecnego hymnu Garbarni. Napisał Pan kiedyś kapitalny felieton na ten temat.
– Byłem pod olbrzymim wrażeniem, nie tylko tej historii o hymnie, bo kiedyś pisałem osobny felieton o hymnach klubowych. Natomiast w poprzednim sezonie pierwszy raz byłem na stadionie Garbarni i zobaczyłem fenomen tych kibiców. Byłem kompletnie zdezorientowany. Nie wiedziałem, czy to performance absolwentów szkoły teatralnej („sędzia nie ma racji”…) czy rzecz dzieje się spontanicznie. Okazało się, że to drugie. To było cudowne, coś tak bardzo rozbrajającego… Pomyślałem sobie, że chciałbym, aby ten klub – z kibicami tak odbiegającymi zachowaniem od dzisiejszych, cokolwiek ponurych „standardów” – coś zwojował na wyższych szczeblach niż druga liga. Mało ludzi o tym wie, a robi to niesamowite wrażenie. Choć zdaje się, że nie wszyscy dają się na to nabrać, a miłosierdzie kibiców Garbarni bywa drażniące i wtedy dochodzi do „zadym”. Coś takiego zdaje się miało miejsce w meczu z Hutnikiem.

– Ale to akurat ewidentnie z winy tamtej strony. Jak Pan wcześniej powiedział w odniesieniu do idoli piłkarskich, ja z kolei nie lubię zbyt grzecznych trybum. Brakuje mi bardzo atmosfery starej ludwinowskiej trybuny, tam dla nikogo nie było „zmiłuj się”. Było za to realne wsparcie dla ukochanej drużyny, gdy znajdowała się w tarapatach. Piłkarze musieli dać impuls, że chcą i mogą w ostatnim kwadransie odrobić straty przy stanie 0-2, a gdy to robili, to natychmiast dostawali potężne wsparcie, dosłownie byli niesieni nieprawdopodobnym dopingiem. Dziękując Panu za rozmowę zakończę tym, że nigdy nie zapomnę Ewalda Cebuli, gdy po jakimś meczu oldbojów Ruchu pięknie zaintonował piosenkę w cokolwiek „niebieskiej” tonacji. Urzekający moment… Znów wracamy na Cichą 6, do kawiarenki klubowej, gdzie panowała niepowtarzalna atmosfera. Chrońmy takie miejsca.

JERZY CIERPIATKA

WOJCIECH KUCZOK (ur. 18 października 1972 w Chorzowie) – polski prozaik, poeta, scenarzysta, krytyk filmowy, speleolog. Ukończył filmoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim. W latach 90. należał do grupy poetyckiej „Na Dziko”. W 2003, za powieść Gnój, otrzymał Paszport „Polityki”, a w 2004 Nagrodę Literacką „Nike” oraz nagrodę Krakowska Książka Miesiąca. Napisał też scenariusz do filmu Magdaleny Piekorz „Pręgi”, który zdobył w 2004 główną nagrodę na 29. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. W latach 2009–2010 był stypendystą Deutscher Akademischer Austauschdienst.

Jest autorem monodramu „Doktor Haust”, dramatów „Ambona ludu”, „Pradziady”. Od 1992 roku publikował swoje wiersze i opowiadania w prasie kulturalnej i literackiej (m.in. „Rzeczpospolita Plus Minus”, „Gazeta Wyborcza – Wysokie Obcasy”, „Dziennik Polska-Europa- Świat”, „Newsweek”, „Res Publica Nowa”, „Playboy”, „Twórczość”, „Kresy”, „NaGłos”, „Odra”). W latach 2000–2004 publikował teksty o kinie w „Tygodniku Powszechnym” i miesięczniku „Kino”. W 2000 roku został laureatem konkursu młodych krytyków filmowych im. Krzysztofa Mętraka. W latach 2004–2005 felietonista sportowy dziennika „Rzeczpospolita”, także felietonista tygodnika „Newsweek” i dziennika „Metropol”. W latach 2007–2008 autor cyklicznych felietonów o kinie w miesięczniku „Zwierciadło”. W latach 2012–2013 felietonista „Przeglądu Sportowego”, od 2014 stały felietonista działu sportowego „Gazety Wyborczej”, od 2019 r. stały felietonista tygodnika „Przegląd”.

Fot. archiwum W. Kuczoka

Hits: 21

To top