„Kurre”, czyli ktoś przed „Ibrą”

Przewinął się niestety definitywnie ostatni kadr filmu „Do bramki”. Obraz wszedł na polskie ekrany w 1958 roku i stanowił ersatz tego, co wtedy nasza telewizja nie raczyła pokazać wąskiej grupie odbiorców. Szło się do kina po to, aby przynajmniej odrobinę liznąć atmosfery dopiero co skończonego mundialu. Swego premierowego wpisu na listę triumfatorów dokonała Brazylia, po zdecydowanym pokonaniu w finale akurat gospodarza, czyli Szwecję (5-2). W krainę wiecznej szczęśliwości odjechał na początku roku Mario Zagallo, a teraz poszedł w jego ślady Kurt Hamrin. I na placu starego boju o „Złotą Nike” nie ma już nikogo…

Hamrina na pierwszy rzut oka wyróżniało coś, co w tamtych czasach należało do rzadkości. Opuszczone getry na łydkach prawoskrzydłowego, który turniejem o całe złoto świata omal rozpoczął zawrotną karierę. Znalazł sposób nawet na Lwa Jaszyna, którego chytrym fortelem przy bliższym słupku cokolwiek przypadkowo wyprowadził w pole. Finał solidarnie z kolegami przegrał, bo na „canarinhos” po prostu nie było siły. Ta porażka zresztą miała dla Hamrina jeszcze inny wymiar, osobistych „porachunków” między prawoskrzydłowymi. Zarówno „Kurre” jak i po drugiej stronie barykady Garrincha wprawdzie nie trafili do siatki, ale i tak przewaga Brazylijczyka była ewidentna. To jego dwie kapitalne asysty, po których dokonywał center Vava reszty, spowodowały zasadniczy zwrot w przebiegu meczu. Z 1-0 dla Szwecji raptem zrobiło się 2-1 dla Brazylii, co pociągnęło za sobą łańcuch zdarzeń, od których już nie było odwołania. Skandynawowie, choć walczyli, nie byli w stanie podnieść się z kolan.

Jeszcze przed finałowym turniejem stało się, że Hamrin zauroczył się lazurem włoskiego nieba. Liry płynące szerokim strumieniem z Italii pokochał oczywiście też, ale niemniej istotne było to, iż w nowym miejscu zamieszkania zasymilował się błyskawicznie i niemal na całe życie. Zaczął od Turynu (Juventus), zaliczył fantastyczny sezon w Padwie (Padova), a już po mundialu – przez dekadę spędzoną w Fiorentinie – stał się jej ikoną, graczem o kluczowym znaczeniu w Serie A (150 goli) i dla triumfów w Pucharze Włoch oraz europejskich pucharach. Jeśli dobrze pamiętam, w Polsce pojawił się tylko raz, gdy w towarzyskim meczu „Viola” wygrała nisko z reprezentacją CRZZ. (Centralnej Rady Związków Zawodowych, taki twór działał przez lata w PRL…). Ale gdy po dekadzie przeniósł się „Kurre” czasowo z Florencji do czerwono-czarnej części Mediolanu, czyli AC Milan, tam też był znakomity. I zanim wraz z kolegami zdeklasował Ajax Amsterdam w finale najważniejszej rozgrywki pucharowej w Europie, zdążył odegrać absolutnie pierwszoplanową rolę w innym meczu o bardzo wysoką stawkę. Kiedy w finale Pucharu Zdobywców Pucharów AC Milan łatwo i szybko ograł Hamburger SV.

I tu pojawia się pewien trop prowadzący do Krakowa, konkretnie na stadion przy Reymonta. Bo tu kilka miesięcy wcześniej można było podziwiać Uwe Seelera, gdy jako lider zapewnił HSV zwycięstwo nad Wisłą. Gdy jednak Uwe dotarł wraz z kolegami aż do finału, był całkowicie bezradny wobec potęgi „milanistów”. A nade wszystko Hamrina, który potrzebował tylko nieco więcej niż kwadrans na ustrzelenie dubletu. I to był wyrok bez prawa apelacji, wynik 2-0 został ostatecznie ustalony. „Kurre” najpierw zdecydował się na wart gola wślizg dopełniający formalności. Ale przy golu następnym wywinął już niesamowitą woltę. Gdzieś w bocznej strefie boiska, czyli niby bezpiecznej dla HSV, rozpoczął Hamrin diabelski taniec z piłką. O ile zagranie na nosie Jürgena Kurbjuhna można było przyjąć jeszcze bez większych emocji, to już wykonanie „powtórki z rozrywki” kosztem Willego Schulza wręcz szokowało, bo Schulz był stoperem światowego formatu. Najmniej przekonujące w tej niesamowitej akcji było postawienie ostatniego akordu, próba obrony strzału przez bramkarza hamburczyków była nieporadna, ale nie zmieniało to oceny całego zdarzenia. Że na coś takiego jak Hamrin stać tylko piłkarzy absolutnie wielkiego formatu.

Kurt Hamrin bez wątpienia należał do tego elitarnego kręgu. Przesądzała o tym przede wszystkim cecha przynależna wyłącznie jednostkom wybitnym, a i tak nie każdej z nich. Była to absolutna nieprzewidywalność zachowań, otwartość na pomysły jakby całkiem z innej planety. Szwedzi należą do tych futbolowych nacji, które rzadko wpędzają w ekstazę. Ale akurat Hamrin nie znosił sztampy, podobnie jak dekady później Zlatan Ibrahimović. Bardzo różnili się wzrostem i posturą, za to byli podobni właśnie pod względem nieprzewidywalności. A to kibic kocha zawsze i wszędzie. Z tym, że „Ibra” z pewnością czynił to wielekroć, a dokonań „Kurre” pod tym względem nie da się precyzyjnie zweryfikować. Hm, w czasach Hamrina telewizja nie docierała wszędzie…

W przypadku niesamowitego grepsu „Kurre” z rotterdamskiego finału Milanu z HSV obraz docierał akurat do niemal całej Europy. M.in. poza Polską, która stanowiła jeden z bodaj czterech wyjątków od reguły. Już nie pomnę kto nam wtedy towarzyszył, zdaje się chodziło o jakieś Malty czy inne Albanie. Słowem, było się czym „chwalić”…

Tę zaległą lekcję z zajęć obowiązkowych mogłem odrobić dopiero dzięki dobrodziejstwu pod tytułem „youtube”. Zdaje się, że Ibrahimović skorzystał z tej samej „ściągi”.

JERZY CIERPIATKA

Hits: 62

To top