Jan Banaś, czyli polski Best

Nie da się ukryć, że zawsze czułem miętę do starych fotografii. Nie pomnę, w jakich okolicznościach dotarła do mnie fotka uwieczniająca drużynę AKS Mikołów. Zupełnie kogoś innego szukałem na zdjęciu, ale uwagę przykuł chłopak w butach za dużych o trzy numery. Osłupienie, toż to młodziutki Jan Banaś… On wtedy co najwyżej marzył w skrytości ducha o zrobieniu kariery wielkiego futbolisty. Tę karierę niewątpliwie zrobił. Ale czy na pełną miarę niebywałego talentu? – tu trzeba zawiesić głos.

W Mikołowie były początki, w chorzowskim Zrywie kolejne klasy piłkarskiej szkoły, w Polonii Bytom już dorosła gra na poziomie ekstraklasy. Praktykował u boku znakomitości, Jan Liberda, Ryszard Grzegorczyk czy bramkarz Edward Szymkowiak to były grajki co się zowie. Na miarę mistrzów Polski, choć czasowo akurat bez własnego stadionu. Polonię wielbiły tłumy, prasa również. Zwłaszcza ta w kierowniczych kręgach „Sportu”. Jego ówczesny szef, Tadeusz Bagier, rozpływał się w „ochach i achach”. Ale były ku temu podstawy. W lidze, Pucharze Lata, podczas zawojowania Ameryki – wzbudzała Polonia podziw, bo grała pięknie. Banasia nie trzeba było przekonywać, że estetyczna strona zagadnienia też ma głęboki sens. On piękno gry miał w genach.

Był już uznaną personą, reprezentantem kraju, gdy podjął decyzję o pozostaniu za granicą. Wyjazd na pucharowy mecz do Szwecji był tylko pretekstem, RFN miała stanowić docelowe Eldorado. Tam spotkał ojca, Niemca zresztą, który roztoczył przed Banasiem miraże kariery w bundeslidze. Choć znakomity prawoskrzydłowy pewnikiem dałby sobie radę w nowej sytuacji, sen trwał ledwie kilka miesięcy. Banaś podjął dramatyczną decyzję o powrocie do Polski. Tam jego sprawa spolaryzowała media. Katowicki „Sport” starał się znaleźć okoliczności usprawiedliwiające, krakowskie „Tempo” piórem bodaj Tadeusza Dobosza optowało za drakońską karą dożywotniej dyskwalifikacji dla uciekiniera. Na szczęście zwyciężyła opcja rozsądku i Banaś wrócił do ligi, a znacznie później do reprezentacji. W łagodnym potraktowaniu „dezertera” ponoć dużą rolę odegrał gen. Jerzy Ziętek, na Śląsku persona wielka.

Jesienią ’69 z Polonii trafił Banaś do Górnika Zabrze i… na łamy „Polityki”, która nie omieszkała się zająć głośnym tematem transferowym. Dotyczył dwóch kapitalnych piłkarzy: właśnie Banasia i równie błyskotliwego technicznie Władysława Szaryńskiego, który zawędrował do Zabrza, via Rybnik, ze Szczecina. Pół nakładu „Polityki” powinno być wtedy w ciemno rzucone na… Kraków. Bo to akurat w meczu z Cracovią debiutowali obaj jako najświeższe nabytki wszechwładnego prezesa Eryka Wyry. Ale w najbliższym sąsiedztwie Błoń nastał cud, w pierwszej kolejności dzięki dzięki fenomenalnej postawie (zapewne raz na całą karierę) bramkarza „Pasów”, Aleksandra Palucha. Nawet nader oszczędny w pisaniu laurek red. Stanisław Habzda przyznał mu „4” w pięciocyfrowej skali ocen… Skończyło się sensacyjnie, dla Górnika skromnym remisem 1-1, który w ostatniej chwili uratował dla Cracovii Kazimierz Jałocha. Akurat ojciec Marcina, srebrnego medalisty olimpijskiego z Barcelony.

Banaś w tym meczu, przy dobitce, omal złamał piłką poprzeczkę, zatem nie wpisał się na listę. Ale już wkrótce, razem z naprawdę wielkim Górnikiem toczył heroiczne boje z Romą i Manchester City, „Orłom” Kazimierza Górskiego szedł z odsieczą w dramatycznych sytuacjach. Na Stadionie Dziesięciolecia uratował bilety na olimpiadę w Monachium, ustrzelił dublet kosztem Bułgarów, co osobiście widziałem na Stadionie Dziesięciolecia. Podobnie było rok później w Chorzowie, gdy upragniony awans do finałów X MŚ wisiał na włosku. To bardziej Banaś niż oficjalnie widniejący w protokołach Robert Gadocha trafił do bramki Petera Shiltona. Rozpoczęło to naruszanie bastionu niby niezmąconej pewności siebie Anglików. Aż nastąpiło Wembley.

Banasiowi jednak nie były przeznaczone igrzyska, ani mundialowe laury. Miał szlaban na wyjazdy do RFN, chociaż akurat tam urodził się. Ale to nie Niemcy zamknęli przed Banasiem granice, wystarczyła zła wola polskich decydentów. Ktoś może powiedzieć: nie było Banasia, dzięki temu zaistniał Grzegorz Lato. No pewnie… Lecz to samo spokojnie można odnieść do przymusowej absencji Włodzimierza Lubańskiego w niemieckim mundialu, tam idealnie wskoczył w lukę Andrzej Szarmach. „Bolek” i „Diabeł” zagrali jak natchnieni, to oczywiste. Któż jednak postawi wszystkie pieniądze, że z przywróconym do łask Banasiem i zdrowym Lubańskim na pewno nie mogło być jeszcze lepiej?

Tytuł felietonu jest celową prowokacją. Ale czy jakimś wielkim nadużyciem? Nie sądzę, a podobieństw naszego Janka do irlandzkiego Jurka było mnóstwo. Przede wszystkim byli ulepieni z tej samej gliny. Kapitalna technika, bajeczny drybling, wytworna elegancja ruchów, niebanalny pomysł na każdą sytuację. Banasiowi ani Bestowi nie chodziło przy tym, aby skuteczność dryblerskich zabiegów stanowiła wyłączny cel. Do tego musiał dojść pieprz, pikantny sos, drogie wino i koniecznie biały obrus na stole. Dopiero przy spełnieniu tych warunków obaj odczuwali pełnię satysfakcji. Jak każdy wielki aktor frapującego filmu. Z tym, że nikt nie dawał gotowego scenariusza. O intrygującą fabułę trzeba było samemu zadbać. Publika w lot wyczuła, że Bestom i Banasiom warto zaufać bezgranicznie.

Było jeszcze życie pozaboiskowe. Też podobne, choć w tej materii Banaś mógł zaoferować sobie zaledwie namiastkę tego, na co Best miał ochotę i mógł korzystać do woli. Przecież żyli w dwóch całkiem innych światach. Jeśli jednak do dziś pamięta się czerwonego mustanga, jakim przemierzał Banaś śląskie ulice (z brukami włącznie…), to i w odniesieniu do jego osoby skala ekscentryczności była nadzwyczajna. Jazda „bryką”, jakiej nikt wtedy u nas nie miał, miała sporo wspólnego z rajdami na boisku. Była symbolem. Bo tu i tam musiało być ekskluzywnie.

W głośnym filmie Jana Kidawy-Błońskiego o Janie Banasiu prawda mieszała się z fikcją. A retrospektywne ogarnianie dystansu przez Banasia toczyło się podczas meczu, w którym nie było dane mu zagrać. Czyli we frankfurckiej „błotnej kąpieli” na Waldstadionie, gdzie Polska uległa Niemcom w boju o finał X MŚ. Na pewno niestety nie jest fikcją wysokość emerytury naszego Besta…

Janowi Banasiowi właśnie stuknęło 80 lat, o czym tu, pod Wawelem, pamiętamy również…

JERZY CIERPIATKA

Hits: 20

To top